Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
"Somewhere there's a place where I find who I'm gonna be..."

Ksiega Majoneziarzy
Dodaj do Majoneziarni
0




Zmusztarduj!







Poszło!
2017
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2016
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2015
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2014
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Luty
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Październik
Wrzesień



Pu-chan!
UNKO, czyli zabawa po godzinach.
Zocha
Dagmara
travellingskyward
Ala
Jeremi
Granice Świata
Klementyna
Moje
deviantArt.
Photoblog



Szablon wykonany przez Mayorę dla Mayory

"Somewhere there's a place where I find who I'm gonna be..."

Styczeń jest tak chujowy w wielu aspektach, że aż szkoda o nim mówić.
Przede wszystkim robi mi masło z mózgu.
Znowu zaczynam czuć się obrzydliwie - kiedy patrzę na siebie, nie widzę kogoś, dla kogo warto marnować czas i energię. Tym bardziej zachwycają mnie ludzie, którzy chcą mieć ze styczniową mną cokolwiek wspólnego. Gburowata, wciskająca wszystkim szpile, niezadowolona ze wszystkiego, uczepiona bezsensownych racji. Czuję się wciąż jak obrastająca ludzi pleśń. To się nie może dobrze skończyć.
Tak to jest, jak myślisz przez kilka miesięcy, że może twoje ciało nie jest idealne (bo bardzo nie jest), ale da się wytrzymać, znajdujesz w nim jakieś dobre strony, a potem nagle jeden komentarz, jedno spojrzenie w lustro albo na zdjęcie i kończy się zabawa. Znam swoje ograniczenia, wiem, że jestem perfidnym, strasznym leniem i nie ruszę dupy, żeby coś ze sobą zrobić. Będę sobie organizować diety, zacznę ćwiczyć. Dietę może i przetrzymam, ale ćwiczeń w żadnym wypadku. A potem nadejdzie sesja i znowu będę się obżerać jak świnia. Jakiś, kurwa, ewidentny brak samokontroli.
I te wszystkie maski zakładane na różne okazje. Kto inny rozmawia z moją mamą, kto inny z ludźmi ze studiów, kto inny z ludźmi z forum, kto inny z profesorami, kto inny z funduszowcami, kto inny z redakcją, kto inny z nim. Zabrnęłam w to już tak daleko, że nie umiem sobie poskładać jednej osobowości. Jestem cholernym kłamcą. Całą osobowość buduję na kłamstwie, w które sama zaczynam wierzyć. W które już uwierzyłam. Wciąż zastanawiam się, kto jest najbliżej prawdy. Sama już nie umiem powiedzieć. Czy rozmawiając z Bogiem też zakładam maskę? Maskę dobrego człowieka, którym tak chcę być, a tak bardzo nie jestem? To trochę śmieszne, czuć się jak Arya Stark (albo raczej nie, ona wiedziała, kim jest).
No i właśnie, to wspaniałe przekonanie, że jestem pierdolonym, inteligentnym człowiekiem sukcesu. Otóż niespodzianka.
Nie jestem.
Ta daa!
Jak to jest, że wszyscy myślą o mnie jako o zdecydowanym, pełnym werwy człowieku, który doskonale zna każdy krok swojej przyszłości. Ja nawet nie potrafię powiedzieć, czy coś mi się podoba, czy nie. Nie mam, kurwa, własnego zdania na żaden, absolutnie, kurwa, żaden temat. Wszystko jest powtarzaniem frazesów. Pójście do kina polega na tym, że widziałam recenzję, wszyscy się rozpływają, to chuj, ja też będę. Udawanie, że coś mi się nie podobało, jest dokładnie takie samo. Czytam książki i oglądam filmy najczęściej dlatego, że ktoś mi je polecił, albo ktoś kiedyś o nich coś powiedział. Przejmuję to zdanie właściwie bezkrytycznie. Kocham Starszych Panów, bo kochają ich moi rodzice. Uwielbiam Skrzypka na dachu, bo wszyscy go kochają, a ja się po prostu z nim osłuchałam. J. uwielbiał Lalkę, to kiedy ją przeczytałam, stwierdziłam, że jest świetna. Kiedy wychodzę z teatru, nie wiem, czy sztuka mi się podobała i nie jestem w stanie tego ocenić, dopóki ktoś mi nie powie, że jemu się podobała lub nie. "Nie wiem, co o tym myśleć" kurwa jego jebana mać. Niektóre opinie wchodzą mi tak głęboko do głowy, że nie potrafię ich niczym uzasadnić, powtarzam tylko wykute frazesy. Kiedy myślałam, że mam już coś własnego (jak choćby Dania albo Żydzi), to okazało się, że studia zniszczyły mi to pierwsze, a drugie niszczę sobie teraz sama + oczywiście, przejęłam to od kogoś. I najgorsze jest to okłamywanie wszystkich wokół i samego siebie, że się przeczytało, widziało, wie. Nie umiem się bez tego obejść. Wszystko robię tylko po to, żeby nikt na mnie krzywo nie spojrzał. Podczas dzisiejszej nocnej rozmowy z wiadomo kim doszłam do wniosku, że jestem w chuj pustym naczyniem. Że nie umiem nawet przypomnieć sobie filmu, który by zrobił na mnie wrażenie wbitego fotela. Że ryczę na filmach, ale dlatego, bo scena-wyciskacz, albo sztuczne, prowokowane łzy, no bo wypadałoby zapłakać. Nie umiem wzruszać się na muzyce, a jedynym muzycznym fragmentem, po którym mam ciary jest śpiewająca Ofra Haza w Uwolnij nas. Wzruszają mnie właściwie jedynie śmierć, ale to z czysto egoistycznych powodów. Czuję się jak chujowy robot, który został zaprogramowany na złość i śmieszkowanie. Nawet, kiedy to piszę, nie potrafię nawet się wzruszyć nad samą sobą. Może to jakiś znak. Znak, że nie mam emocji. Znak, że jestem dobrym człowiekiem, bo chcę dostać, kurwa, medal. Nawet ten pierdolony Auden to jest wmawianie sobie, że to o mnie. Nie mam osobowości, więc nic nie jest o mnie. I wszystko, kurwa, chcę robić dla pierdolonej atencji. Nawet kiedy myślę, że lepiej będzie się odłączyć od ludzi na jakiś czas, to w głowie pada sakramentalne "och, na pewno będą się martwić". Chuja, a nie będą. Bo nie będą martwić się o mnie, tylko o jakąś pierdoloną imaginację, której sama nie rozumiem. O kogoś, kim nie jestem, bo to tylko jedna z masek.
Wiem na pewno, że jestem pierdoloną, leniwą, pozbawioną samokontroli atencyjną dziwką, która nie rozumie swoich błędów i wszystkie usprawiedliwia. Która zawsze musi mieć rację, chociaż nie wie, o czym w ogóle mówi. Która nie ma własnego zdania i jest pierdoloną chorągiewką na wietrze. Która emocjonalnie jest na poziomie siedmiolatka, który płacze, bo mu kazali, ciągle się wścieka, bo nie dostał zabawki i myśli, że kocha, ale kompletnie tego nie rozumie, bo przecież w filmach i książkach to wygląda inaczej, niż siedmiolatek to odczuwa. Jeszcze dodatkowo ochraniam się wizerunkiem dziecka. Nic dziwnego, że czuję się jak jakaś totalna żałość. W niczym nie różnię się od ludzi, którymi głośno lub po cichu gardzę. Mydłami. Amebami. Ludźmi, którzy żyją, ale nie wiedzą, po co.
Całą empatię też mam chyba tylko po to, by dostać pierdolony puchar za bycie Matką Teresą. Żeby wszyscy inni widzieli "patrzcie, jaka ona jest dobra". Tacy jak ja mają już swoją nagrodę. Chcę pomóc tylko po to, by lepiej się poczuć. Albo ta słynna miłość bliźniego. Jeśli każdy traktuje ją tak, jak ja, to chyba nie ma normalnych chrześcijan na tym padole, a na pewno już nie ma świętych. W czym niby jestem lepsza od kogokolwiek, by go oceniać? Dlaczego obrażam innych ludzi? Żaden człowiek nie zasłużył na to, żeby być poniżanym, a mój konformizm sprawia, że na to nie reaguję. Kurwa, bardzo po chrześcijańsku.
Ach, no i najpiękniej jest słyszeć o tym, że moja wiara jest taka dojrzała. Chciałabym, żeby było tak, jak ludzie o mnie myślą, że dobrze nam się, Boże, rozmawia. Że gdzie ja się kurwa z tym podziałam? Nam się prawie w ogóle nie rozmawia. I czytam, i myślę, że chciałabym wierzyć. Że czasem naprawdę wierzę. No bo przecież to nie jest przypadek. Zawsze myślałam, że żyję po coś. Że zostawiłeś mnie na początku przy życiu z jakiegoś powodu. Żebym coś zmieniła, dokonała czegoś wielkiego, że z jakiegoś powodu chodzę po tym świecie, patrzę na niego swoimi oczami. I myślałam tak za każdym razem, gdy się w coś z powodzeniem zaangażowałam, albo wtedy, gdy spotykałam na swojej drodze ludzi, na których szybko zaczęło mi zależeć. Szybko od wielkich rzeczy przeszłam do tych mniejszych, albo w pewnym sensie równie wielkich, ale mniej widocznych. Myślałam sobie, że może moja egzystencja po prostu miała zmienić czyjeś życie (i tu wchodzi puchar). No bo przecież nie mogłeś stworzyć mnie tak na darmo, prawda? Nie mogłeś. Po co tutaj jestem? Czy równie dobrze mogłoby mnie tu nie być? Czy jestem tylko jakimś elementem na doczepkę? Co ja właściwie tu robię? Czy coś by się zmieniło, gdyby mnie zabrakło? I znowu puchar, znowu chujowy egocentryzm. Znowu ja, ja, ja. Staram się zawsze sobie uświadomić, że tu nie chodzi o mnie. Kościół nie jest od czucia, a od myślenia. No to myślę. I tak sobie myślę i myślę, i wciąż nie wiem, czym jest wiara. Nie rozumiem jej, tak samo jak tych wszystkich emocji związanych z miłością czy czymkolwiek bardziej złożonym i skomplikowanym niż wkurwienie czy śmieszkizm. Już nawet nie rozumiem, z czego się śmieję i czy przypadkiem nie robię tego dlatego, bo inni też się śmieją.
I to chujowe skupienie się na sobie. Hipochondria, pierdolenie o sobie, to pierdolone "ja" na początku każdego zdania. Jak, kurwa, bez mała Zanussi. TU NIE CHODZI, KURWA, O MNIE.
Już w ogóle się zastanawiam nad tym, czy jak spotykam jakiegoś faceta i stwierdzam, że się przywiązałam, to czy w ogóle mogę to jakkolwiek sensownie nazwać. Nie, nie mogę. Nic dziwnego, bo skoro wszyscy znają tylko którąś z wersji mnie, które mną nie są, to wcale się im nie dziwię. To takie rozrywanie prezentu i odkrywanie, że jest tam tak sobie pomalowany karton, w którym nic nie ma. Oni nie są specjalnie zainteresowani, bo z tego, co się orientuję, to nikt nigdy nie był, a ja nie rozumiem, co się wokół dzieje, więc w sumie żaden problem. Tym razem miałam wrażenie, że jest inaczej, ale mój popierdolony mózg stwierdził, że "nie, nie jest, wracaj do piwnicy". Przecież nie ma "doki, doki", po prostu sobie to wszystko wmawiasz. Ktoś cię obdarzył większą dozą atencji, a ty od razu myślisz, że "oj, może...?". Przez to, jak nachalna atencyjna kurwa, zasypujesz go teraz sobą, a on nie protestuje, bo to grzeczny i miły chłop. Daj mu żesz spokój, chłop mógłby więcej czasu poświęcić na coś bardziej wartościowego niż ty i twoje pierdolenie. Sam zresztą powiedział, że "to nie tak". Raz powiedział, powinnaś zrozumieć. Ty próbujesz się przekonać na wszystkie możliwe sposoby, że ktoś wreszcie mógł na tobie zawiesić oko, ale, przepraszam, na czym miał? Na jednej z milionowych osobowości, która nie ma sensu i pokrycia w rzeczywistości? Na tym, jak ty, kurwa, świnio, wyglądasz? I teraz twoja głowa krzyczy "nie, nie rób sobie tego". Zasłużyłam. Muszę mieć to, na co sobie, kurwa, zasłużyłam. Wiadro pomyj wylane na głowę. Przecież sam ostatnio powiedział, że też się na tobie zawiódł, a pokazałaś mu tylko mały ułamek spraw, na których jeszcze zdąży się zawieść, jeśli mu pozwolisz. Pokazałaś mu trochę więcej i nie widziałaś zrozumienia. To była ta część, którą chowałaś dla siebie i nie chciałaś jej pokazywać nikomu. Nic dziwnego, że coś tak lepkiego i czarnego zdołało mu pokazać zawód. I to chyba już kolejny. Kiedy widzieliście się po raz pierwszy, wyglądałaś na ambitnego człowieka, który wie, widział i czytał wszystko. Potem chciałaś pokazać część prawdy o sobie - widzisz, nikt nie lubi ludzi słabych, a jeszcze bardziej nie lubi się tych, którzy starają się tę słabość ukrywać pod tysiącami warstw nieprawdy. Nic dziwnego, że on nic nie robi. Niby tak wiele przemawia na twoją korzyść, ale czy kiedykolwiek powiedział ci coś wprost? Czy kiedykolwiek stwierdziłaś, że w grupie zachowuje się w stosunku do ciebie dokładnie tak samo, jak zazwyczaj? A może znowu chciałabyś być atencyjną dziwką i zabrać go całego dla siebie? Nie bądź głupia. Sama wiesz, że to najgorsze, co możesz zrobić. Ach, poczekaj. Przecież i tak ci się nie uda. Nie pisz tego listu, bo to akurat jest w chuj creepy. Tak samo jak wyłudzenie daty jego urodzin. Czemu miaby niby być z tego zadowolony, skoro sam nie chciał ci nic o tym powiedzieć? I w ogóle nie chce za dużo mówić, a ty mu pierdolisz wszystko o swoim życiu, które go kompletnie nie interesuje. No, gratuluję, złapany na hak, kurwa. Jesteś prawdziwą kretynką. Wzbudzasz w sobie poczucie obsesji, które nazywasz miłością i właśnie teraz myśisz, że mimo to chcesz to kontynuować. Chcesz to ciągnąć kosztem tego człowieka. A ponoć ci na nim zależy...
A najgorsze w tym wszystkim są moje chujowe motywacje. O, będę pisać wiersze, przecież cztery razy mnie pochwalili. Ach, moje stare wiersze, dajesz, pośmiejemy się z nich. O nie, chuj, moje wiersze są chujowe. Co terasss. Chyba jebnę je w chuj, przestanę pisać, przecież i tak tylko będzie można się z nich pośmiać za kilka lat. O, śpiewanie, lubię to. Będę brać udział w musicalach. O, jaka szkoda, główne role dostaje inny typ dziewczyn, jestem wiecznym człowiekiem pobocznym i udaję, że mi to nie przeszkadza. No cóż, starałam się, ale po co to kontynuować, jebnę to w kąt, pośpiewam se, kurwa, pod prysznicem. O, nauka, to coś dla mnie. O chuj, ci wszyscy ludzie są tacy mondrzy, ojajajaja, będę się bardziej uczyć, żeby wiedzieć tyle, co oni. A, chuj, już mi się nie chce, teraz będę się użalać nad sobą, że nie jestem taka mondra i że kurwa nic nie wiesz, Jonie Snow. Foka płacze.

A co jest najgorsze?
Że trzeba w tym tkwić.
Innego życia nie dostanę, to nie jest jakiś pierdolony krąg życia.
Samobójstwo jest zbyt atencyjne, a nie dostajesz przy tym pucharu.
Niesprawiedliwe.
Głosuj (0)
Mayora 29/01/2017 03:16:15 [Powrót] Zmajonezuj.